DZIECI, ZABIEGI MEDYCZNE I PRZEMOC [TEKST]

fot. za: pixabay: https://pixabay.com/pl/users/rawpixel-4283981/

Jakiś czas temu napisałam tekst o tym, jak pomóc dzieciom przejść przez zabiegi medyczne. Nie dotknęłam w nim tego, co najtrudniejsze: medycznej przemocy i tego, kto ponosi jej koszty. To teraz będzie o tym.

Kilka doświadczeń mnie natchnęło: wizyta w szpitalu na oddziale dziecięcym, opowieści koleżanek o leczeniu zębów ich dzieci, i ten film z sieci:

https://web.facebook.com/uniladmag/videos/4973369466019406/
"Doctor Entertains Baby During Injections" - "Lekarz rozśmiesza niemowlę podczas szczepienia"

Na początku filmu myślę: ale to świetne: wyluzowany lekarz, dzieciak się śmieje, no fajne doświadczenie ta szczepionka. Ale gdy dochodzę do końca filmu ogarnia mnie niesmak: co za ściema! Jak można tak ściemniać temu maluchowi. Zabawnie-gilgotki-łaskotki, a potem ból i płacz. Ból i płacz. Żadne łaskotki tego nie przykryją. Ukłucie boli. A ten maluch jeśli coś zapamięta z tego doświadczenia to może to, że został nabrany, i że rozśmieszanie ma ukryć coś słabego, co nastąpi potem.

I dotarło do mnie, że zabieg medyczny w przypadku dzieci jest jakoś związany z przemocą  - choć przemocą nazwać go nie można - według WHO np. użycie siły w dobrym celu nie jest uznawane za przemoc. Ale jednak czuję, że ten związek gdzieś jest. Być może dlatego, że samo doświadczenie jest z reguły bolesne lub co najmniej nieprzyjemne i że jest też konieczne, to znaczy trzeba przez nie przejść.

Trzeba, bo przecież złamaną rękę trzeba nastawić, by się prosto zrosła, nakłuć żyłę trzeba, żeby zbadać krew, borować zęby trzeba, bo inaczej próchnica się rozszerzy, założyć wenflon trzeba, aby podać kroplówkę, nakłuć mięsień trzeba, żeby dostarczyć szczepionkę, gorzkie lekarstwo trzeba wypić, gdy na daną chorobę nie ma innego. I przed tym "trzeba" nie ma ucieczki. Jak radzą z tym sobie rodzice, najczęściej matki, jak radzę (nie radzę) sobie z tym ja?

Umrzesz


"Jeśli nie wypijesz tego, umrzesz" - mama mówi do pięcioletniej blondynki, która podpięta do kroplówki, jeszcze trochę z gorączką, je śniadanie w stołówce na oddziale. Nie wiem, co jej jest, dlaczego trafiła do szpitala, nie wiem, jaki jest powód gorączki, ani po co podają jej kroplówkę, no i ten lek. Wiem za to, że jest gorzki, wiem,  że dziewczynka nie chce go wypić, wiem też, że mama jest zdenerwowana.

Próbowała już wszystkiego - domyślam się - prosiła, przekonywała, odwoływała się do autorytetu lekarzy, może nawet oszukiwała, że wcale-nie-jest-takie-gorzkie, może nawet próbowała przekupić jakimś słodyczem. Ale skończyły się pomysły. Została groźba. I to ostateczna. Umrzesz.

Podziałało. Dziecko przełknęło lekarstwo razem ze łzami. Chyba nie umarło.

Obserwuję tą scenę i nie czuję grozy, i nie potępiam. Myślę: dobrze, że nie jestem w sytuacji tej matki, dobrze, że to nie moje dziecko odmawia teraz. Bo sama nie wiem, co bym zrobiła. Wtedy jeszcze nie, ale jesteśmy tu wszyscy nie bez przyczyny - za chwilę sama się przekonam.

Jak to? Minecraft nie działa?


Teraz, pisząc ten tekst, pytam syna o tamtą sytuacje ze szpitala: Jak chcieli ci pobrać krew i uciekłeś z gabinetu i potem cię namawiałam, to co cię przekonało, żeby jednak się odważyć? Nie wiem. Chyba ten kolega, co powiedział, że to nie takie straszne. A próbowałam cię przekupić jakoś? No, może. A teraz co by cię przekonało? Że już to miałem i wiem, że boli tylko trochę.

Pobieranie krwi. Coś, co dla mnie jest jak umycie zębów, element higieny osobistej, całkowicie bezbolesny zabieg - pod warunkiem, że nie trafiam na sadystyczną pielęgniarkę, która mówi, że "coś ta żyłka nam ucieka" i próbuje ją ścigać pod skórą - dla mojego dziecka oznaczało tamtego dnia najgorszą najgorszość. Weszliśmy do zabiegowego, ja uzbrojona w smartfon z ustawionym filmikiem Minecraft. Siadamy, odpalam. Wystaw rękę. Ściśnij pięść. Synu, patrz tutaj. Tutaj, nie tam. To na nic. Jego ulubiony świat  przegrywa konkurencję z siłą bodźców, których dostarcza świat prawdziwy. Minecraft nam nie pomoże tym razem, choć zawsze leczniczo działa na ból brzucha. Moje dziecko ucieka z gabinetu, płacząc. Nikt go jeszcze nie zdążył dotknąć. Pielęgniarka: proszę go przekonać, bo tak to można was od razu wypisać.

Właściwie nie wiem, co go przekonało. Powiedziałam mu na pewno: trzeba to zrobić, informacji, które o twoim zdrowiu można wyczytać z krwi, nie można zdobyć inaczej. Powiedziałam być może: wszystkie dzieci przez to przechodzą, ty sam będziesz miał jeszcze wiele razy w życiu pobieraną krew. Powiedziałam raczej też: pozwolę ci obejrzeć kolejny odcinek, jak Vito i Bela grają w Minecraft. I jakoś, minuta po minucie, przyjął to "trzeba".


Dzieci u dentysty


Te opowieści są w każdej rodzinie. Bo dentysta to jest to konieczne minimum nieprzyjemności medycznych, którego chyba żadne dziecko dziś nie może uniknąć. Jak przekonać dziecko do dentysty? Nie da się. Trzeba je na siłę przytrzymać.

Dobra, brzmi to strasznie chyba. I na pewno nie dotyczy wszystkich sytuacji, wszystkich dzieci i wszystkich dentystów. Ale znam kilka historii, które kazały mi się zastanowić, czy użycie siły przez rodzica można czasem zrozumieć. Dla jasności dodam, że piszę to z perspektywy rodzica, który stara się stosować non-violent communication, czyli komunikację bez przemocy. I ta perspektywa jest też bliska obu mamom, które opisuję.

Znajoma musi synowi wyrwać ząb. Musi. Krzywo rośnie, chłopak ma bardzo poważne problemy ze zgryzem, niewyraźnie mówi, wada będzie się pogłębiać i nie można jej skorygować aparatem ortodontycznym. Siłowe rozwiązania wykluczone, znajoma stawia na przekonywanie. Jadą do dentysty raz, drugi raz. Za trzecim spędzają w poczekalni 4 godziny, przepuszczając kolejno innych oczekujących. I nic. Nie da się go namówić. Co zrobić? Czekać, aż dzieciak dorośnie i sam się odważy? Uśpić go?

Przytrzymać? Kuzynka tak zrobiła. Jej syn miał straszne dziury w kilku zębach i bardzo nie chciał poddać się zabiegowi. Wielokrotnie podchodzili do drzwi równych gabinetów, wypróbowali specjalne przychodnie stworzone dla dzieci. W końcu kuzynka stwierdziła: musimy to zrobić, to jest ważne dla jego zdrowia, a skoro nie ma innego wyjścia - zrobimy to na siłę. Dentysta załatał 4 dziury za jednym zamachem, kuzynka cały czas trzymała syna na swoich kolanach. Zrobiła to wbrew sobie i  z wielkim bólem. Zaskoczyła ją jednak reakcja syna. W czasie zabiegu jego ciało - czuła - powoli opuszczało napięcie. Ulga. Tak to zinterpretowała. Ulga chłopaka, że już nie musi walczyć, że nie musi podejmować tej decyzji - że ktoś ją podjął za niego? Możemy się tylko domyślać.*

Matka wyjdzie


Ciotka opowiada: gdy kuzyn był mały, bardzo się bronił przed dentystą. Z gabinetu wyszedł starszy pan 2 metry wzrostu: czy pani pozwoli, że wejdziemy sami? Chodź, chłopak, zobaczysz jak świat wygląda z takiej perspektywy - wziął kuzyna na ręce, wszedł z nim do środka, ciotka została na korytarzu. Kuzyn musiał być porażony siłą autorytetu lekarskiego - tak się domyślała potem ciotka. Borowanie odbyło się bez krzyku i płaczu. A najważniejsze, że późniejsze wizyty stomatologiczne były dużo łatwiejsze.

Może więc obecność mamy czasem przeszkadza? Strasznie trudno mi się z tą myślą pogodzić. Choć przecież wiem, że mój syn inaczej przeżywa małą ranę czy ugryzienie czerwonej mrówki przy mnie i gdy mnie nie ma. Przy mnie - płacz, załamanie. Beze mnie - dzielność. A jednak w każdej sytuacji medycznej jestem blisko, trzymam za rękę, tłumaczę i oswajam. Nie umiem zostać za drzwiami. A może odbieram mu szansę na bycie dzielnym?

Jak zostanę prezydentem, wszyscy chirurdzy będą siedzieć


Syn kuzynki był operowany (dużo tych kuzynów i kuzynek w tym tekście, ale umówmy się - to taka figura tylko, wszystkie osoby są prawdziwe, ale występują incognito). Rodzice przygotowywali go do tego doświadczenia bardzo świadomie, opierali się m.in. na specjalnych książkach dla dzieci. Byli z nim aż do drzwi sali operacyjnej. Słyszeli jeszcze, że wjeżdżając tam dostał słowotoku wymierzonego w lekarzy - groził: nie tylko, że wsadzi do więzienia chirurgów, ale też, że ich zabije, jak już dorośnie. Dostał szybko "głupiego Jasia".

Strach. Czy można pomóc dziecku go przekroczyć? Niektóre historie, które przywołałam sugerują, że kluczowe jest pierwsze doświadczenie. Nieznane staje się znane. Często okazuje się wtedy, że borowanie zębów jest tylko trochę nieprzyjemne, a pobieranie krwi boli tylko na samym początku. Ale trzeba pomóc dziecku w zdobyciu tego doświadczenia pierwszego razu. I czasem ta pomoc wygląda jak przemoc.

Dziecko i medycyna. Nie ma sposobów, które zawsze działają. Dużo zależy od dziecka, od relacji z rodzicem, od lekarza czy pielęgniarki, od choroby, od nastroju, od nieskończonej liczby okoliczności. Ten sam rodzic i to samo dziecko - raz ukłucie będzie niezauważone, a raz trzeba małego przytrzymać, bo wpadł w histerię. Doradzanie - to nie jest coś, czego rodzice potrzebują. Mogą odnieść się do cudzych doświadczeń, ale i tak muszą zbudować swoje. Czy będą w nich przekraczać granice, które sami dla siebie ustanowili wcześniej? Czy będą sięgać po metody, po które przyrzekli sobie nigdy nie sięgać?

Ja na razie mam jedną zasadę, której udaje mi się trzymać: zero ściemy. Nie wiem, czy jest słuszna, nie zawsze pewnie jest skuteczna, ale trzymam się tego.



*jest cała masa badań tego, jak włączać pacjentów w podejmowanie decyzji o ich leczeniu. Niektóre odwołują się do pojęcia: gotowość pacjentów - nie każdy jest gotowy, by uczestniczyć w podejmowaniu takich decyzji. Będzie o tym osobny post.


Komentarze

Popularne posty