Czy moja choroba jest prawdziwa? O próbach klasyfikacji zaburzeń somatyzacyjnych

Sama malowałam. Tytuł: Psychosomatycy biegają boso. Technika: farby z IKEA na desce od wozu.

Bardzo dziwne pytanie. Ale wiem, że zadaje je sobie co dzień cała masa ludzi. Czy ten ucisk w gardle to prawdziwy rak krtani (oczywiście - zawsze chodzi o raka) czy tylko jakieś lokalne napięcie mięśni? Czy mrowienie końcówek palców i języka to prawdziwe SM czy tylko przemijające doznanie? Czy z tą łuszczycą skóry będę musiała żyć do końca, czy może minie, gdy przejdę terapię? Czy to, że mam zawroty głowy i tracę równowagę to znak, że coś uciska na mózg, czy po prostu mam wypalenie zawodowe? 

Prawdziwość guza mózgu i prawdziwość wypalenia zawodowego to jest oczywiście taka sama prawdziwość. Ale w tym dziwnym pytaniu chodzi o coś innego - chodzi o stwierdzenie jaki lekarz ma mnie leczyć. Czy czeka mnie skalpel, pigułka, chemia? Czy też praca nad sobą? (i nie wiadomo, co gorsze). A może jeszcze o coś - o próbę nazwania, uchwycenia tego dziwnego czegoś, co się ze mną dzieje.

Psychosomatycy, osoby somatyzujące, hipochondrycy, osoby z konwersjami, cierpiące na niepokój o swój stan zdrowia, a może histerycy - sorry: powinno być histeryczki - albo też symulanci - psychologia i psychiatria nadal nie umieją nas poklasyfikować. 

Somatic Symptom Disorder (Zaburzenie Symptomów Somatycznych?). Taka jest na to etykietka w aktualnej klasyfikacji chorób, DSM 5, wydanej w 2013 roku przez APA czyli American Psychiatric Association.
Do diagnozy konieczne są: "jeden lub więcej symptomów somatycznych, które powodują stres psychiczny lub wprowadzają znaczące zakłócenia w codziennym życiu. Nadmierne myśli, uczucia lub zachowania odnoszące się do symptomów somatycznych lub powiązane z troską o zdrowie”. Manifestują się one poprzez: „nadmierne, uporczywe myśli wokół powagi symptomów, wysoki poziom niepokoju odnoszącego się do zdrowia lub nadmierne poświęcanie czasu i energii na chorobę”. Stan – choć niekoniecznie obecność pojedynczego symptomu – jest stały, zwykle trwa dłużej niż 6 miesięcy. [tłumaczenie moje]. 

Co powiecie? Nieźle rzetelne, prawda? Może warto zwrócić uwagę na twarde wskaźniki: "nadmierne", "uporczywe", "wysoki poziom", "znaczące". Obecna klasyfikacja zaburzeń daje jeszcze bardziej trudną i nieuchwytną definicję, niż wcześniej obowiązująca DSM IV. Tam była mowa o czymś, co weszło już chyba na stałe do języka potocznego, a na pewno języka forów internetowych - o "medycznie niewyjaśnionych przyczynach". Też było to niełatwe sformułowanie. Oznaczało, że aby postawić diagnozę choroby, nazywanej wówczas SD (Somatoform Disorder - Zaburzenia Somatoformiczne), konieczne było wykluczenie wszystkich dostępnych medycznej wiedzy wyjaśnień. Obecne wskazania diagnostyczne podkreślają, że wyróżniającą cechą pacjentów nie są symptomy somatyczne same w sobie - a więc informacja o ich medycznie wyjaśnialnych lub nie przyczynach nie ma dla diagnosty znaczenia - ale sposób, w jaki są one obecne dla pacjenta i przez niego interpretowane. 

Może i ma to sens - takie przyjęcie perspektywy samego pacjenta. Przy skrajnej interpretacji jednak taką diagnozę może dostać jakoś tak z połowa społeczeństwa, a już na pewno wszyscy chorzy na zwykłe medycznie uzasadnione choroby. Nie znam np. osoby z chorobą chroniczną, dla której nie jest ona źródłem "znaczących zakłóceń w codziennym życiu".

Cały ten bałagan klasyfikacyjny pogłębiają jeszcze takie pojęcia jak psychosomatyka (która może być rozumiana jako całokształt zjawisk psychicznych wpływający na całokształt zjawisk fizycznych, w tym np. stres a zaostrzenie przebiegu choroby somatycznej) oraz somatopsychika (która najczęściej oznacza to, jak choroby somatyczne wpływają na psychikę - zarówno poprzez ścieżki fizjologicznych oddziaływań, jak poprzez obciążenie psychiczne, np. nowotwór, który daje efekty psychozy).

Powiem wam, jak ja uporządkowałam sobie na własny użytek i bez niczyjej zgody ten chaos definicyjny dla siebie. Po prostu myślę o tym wszystkim jako o psychosomatycznym spektrum. Każdy z nas gdzieś na nim jest. 

Jednym bardziej pocą się dłonie przed pierwszym livem na facebooku, inni z powodu biegunek spóźniają się na każdą rozmowę o pracę, jeszcze inni dostają gorączki, gdy wypada pierwszy dzień ich stażu w wymarzonym radiu. Dalej są te osoby, które puchną, gdy współmałżonek na nie krzyczy, te, które tracą wszystkie włosy jednej nocy po diagnozie białaczki ukochanej osoby. Są takie gdzieś na tym spektrum, które co pół roku mają inne objawy: swędzenie, drapanie, duszenie. I takie, którym po każdym epizodzie kłótni w pracy wraca ten sam problem: angina. I takie, które straciły władzę w nogach, gdy przyłapały matkę z kochankiem. I jeszcze te, które mdleją, gdy cała klasa mdleje, bo w szkole padło hasło: rozpylają gaz, chociaż niczego nikt nie rozpyla. 

Każdy z nas to ma. U jednych body i mind gadają ze sobą łagodnie i płynnie, u innych to niezła kłótnia, przepychanki i przemoc. (Pytanie: kiedy i dlaczego wchodzimy w etap burzliwy. I jak z niego wyjść. Tym jednak zajmiemy się nieco później.)

Oczywiście, na potrzeby badań naukowych, do których właśnie się zabieram, czy nawet na potrzeby diagnozy psychiatryczno-medycznej to za mało. Ale na potrzeby ogarniania bloga i budowania społeczności - wystarczy.


Komentarze

Popularne posty