Czy moja choroba jest prawdziwa? Wstęp do psychosomatyki

Psychosomatycy, osoby somatyzujące, hipochondrycy, osoby z konwersjami, cierpiące na lęk o zdrowie, aleksytymicy, a może histerycy - czy raczej: histeryczki - albo też symulanci - psychologia i psychiatria nadal nie umieją nas poklasyfikować.

„Czy moja choroba jest prawdziwa?” – bardzo dziwne pytanie, wiem. Ale wiem także, że zadaje je sobie co dzień bardzo wiele osób i jest ono wyrazem ich cierpienia, bezradności, lęku. Jak wiele to może być osób? Niemieccy badacze szacują, że nawet 30% osób zgłaszających się do lekarza pierwszego kontaktu ma problemy natury psychosomatycznej.

Jak pytają siebie psychosomatycy? Czy ten ucisk w gardle to prawdziwy rak krtani czy tylko napięcie psychiczne? Czy mrowienie końcówek palców i języka to już powód by diagnozować się w kierunku stwardnienia rozsianego czy tylko przemijające doznanie, spowodowane zmęczeniem? Czy z tą łuszczycą skóry będę musiała żyć do końca, czy może minie, gdy przejdę psychoterapię? Czy to, że mam zawroty głowy i tracę równowagę to znak, że coś uciska na mózg, czy po prostu mam wypalenie zawodowe? 

Prawdziwość guza mózgu i prawdziwość wypalenia zawodowego to jest oczywiście taka sama prawdziwość. Ale w tym dziwnym pytaniu – Czy moja choroba jest prawdziwa? – chodzi o coś innego. Chodzi o stwierdzenie, jaki lekarz ma mnie leczyć. Czy czeka mnie skalpel, pigułka, chemia? Czy też praca nad sobą?

Co ciekawe, osoby z tej grupy jako mniej stygmatyzujące wyjaśnienie choroby preferują przyczyny fizyczne – domyślam się, że choroba fizyczna uważana jest za coś, co jest od nas niezależne, natomiast psychiczna powiązana może być z poczuciem winy („coś jest nie tak ze mną”). Inny powód to taki, że naprawdę trudno jest uwierzyć, że tak namacalne objawy, jak drżenie, niedowład, utrata wzroku, swędzenie itd. mogą mieć swoje źródło w napięciach psychicznych, czymś tak nieuchwytnym, subiektywnym. Niezależnie od powodów, faktem jest, że psychosomatycy niechętnie zgłaszają się do psychoterapeuty, wolą odwiedzać kolejnych lekarzy „od ciała”.

Psychosomatycy, osoby somatyzujące, hipochondrycy, osoby z konwersjami, cierpiące na lęk o zdrowie, aleksytymicy, a może histerycy – czy raczej: histeryczki – albo też symulanci – psychologia i psychiatria nadal nie umieją nas poklasyfikować.  Piszę „nas”, gdyż nie ukrywam, że należę do tej grupy chorych.

Somatic Symptom Disorder (Zaburzenie: Symptomy Somatyczne). Taka jest na to etykietka w aktualnej klasyfikacji chorób, DSM 5, wydanej w 2013 roku przez APA czyli American Psychiatric Association.
Do diagnozy konieczne są: „jeden lub więcej symptomów somatycznych (symptomy somatyczne to po prostu symptomy z ciała), które powodują stres psychiczny lub wprowadzają znaczące zakłócenia w codziennym życiu. Nadmierne myśli, uczucia lub zachowania odnoszące się do symptomów somatycznych lub powiązane z troską o zdrowie”. Manifestują się one poprzez: „nadmierne, uporczywe myśli wokół powagi symptomów, wysoki poziom niepokoju odnoszącego się do zdrowia lub nadmierne poświęcanie czasu i energii na chorobę”. Stan – choć niekoniecznie obecność pojedynczego symptomu – jest stały, zwykle trwa dłużej niż 6 miesięcy. [tłumaczenie moje]. 

Co powiecie? Nieźle rzetelne, prawda? Warto zwrócić uwagę na „twarde” wskaźniki: „nadmierne”, „uporczywe”, „wysoki poziom”, „znaczące”. Przypuszczam, że tak sformułowane kryteria diagnostyczne nie ułatwiają pracy psychiatrom i psychologom. Zresztą czytałam wiele głosów protestu w kierunku takich sformułowań ze strony publicystów z nurtu EBM (evidence-based medicine). Zwracają oni np. uwagę na niebezpieczeństwo zdiagnozowania w ten sposób osoby, której rzadka choroba utrudnia wczesną diagnostykę medyczną. Pamiętam przypadek młodej dziewczyny skierowanej na leczenie psychiatryczne z diagnozą SSD, u której zbyt późno zdiagnozowano nowotwór mózgu.

Obecna klasyfikacja zaburzeń stawia przed lekarzami jeszcze większe wyzwania, niż poprzednia – DSM IV. Tam była mowa o tzw. „medycznie niewyjaśnionych przyczynach”. Oznaczało to, że aby postawić diagnozę choroby, nazywanej wówczas SD (Somatoform Disorder – Zaburzenia Somatoformiczne), konieczne było wykluczenie wszystkich dostępnych medycznej wiedzy wyjaśnień. Można sobie wyobrazić ścieżkę pacjenta, poszukującego diagnozy w tych warunkach: niekończące się wizyty u różnych lekarzy w celu wykluczenia kolejnych chorób np. neurologicznych.

Obecne wskazania diagnostyczne podkreślają, że wyróżniającą cechą pacjentów nie są symptomy somatyczne same w sobie – a więc informacja o ich medycznie wyjaśnialnych lub nie przyczynach nie ma dla diagnosty znaczenia – ale sposób, w jaki są one obecne dla pacjenta i przez niego interpretowane. 

Może i ma to sens – obecna diagnostyka podkreśla znaczenie perspektywy samego pacjenta. Przy skrajnej interpretacji jednak taką diagnozę może dostać jakoś tak z połowa społeczeństwa, a już na pewno wszyscy chorzy na przewlekłe choroby somatczne. Nie znam np. osoby z chorobą chroniczną, dla której nie jest ona źródłem „znaczących zakłóceń w codziennym życiu”.

Cały ten bałagan klasyfikacyjny pogłębiają jeszcze takie pojęcia jak psychosomatyka (która może być rozumiana jako całokształt zjawisk psychicznych wpływający na całokształt zjawisk fizycznych, w tym np. stres a zaostrzenie przebiegu choroby somatycznej) oraz somatopsychika (która najczęściej oznacza to, jak choroby somatyczne wpływają na psychikę – zarówno poprzez ścieżki fizjologicznych oddziaływań, jak poprzez obciążenie psychiczne, np. nowotwór, który daje efekty psychozy), wciąż funkcjonujące w psychologii lecz nieobecne w klasyfikacji zaburzeń.

Powiem wam, jak ja uporządkowałam sobie na własny użytek ten chaos definicyjny. Po prostu myślę o tym wszystkim jako o psychosomatycznym spektrum. Każdy z nas gdzieś na nim jest. 

Jednym bardziej pocą się dłonie przed pierwszym livem na facebooku, inni z powodu biegunek spóźniają się na każdą rozmowę o pracę, jeszcze inni dostają gorączki, gdy wypada pierwszy dzień ich stażu w wymarzonym radiu. Dalej są te osoby, które puchną, gdy współmałżonek na nie krzyczy, te, które tracą wszystkie włosy jednej nocy po diagnozie białaczki ukochanej osoby. Są takie gdzieś na tym spektrum, które co pół roku mają inne objawy: swędzenie, drapanie, duszenie. I takie, którym po każdym epizodzie kłótni w pracy wraca ten sam problem: angina. I takie, które straciły władzę w nogach, gdy przyłapały matkę z kochankiem. I jeszcze te, które mdleją, gdy cała klasa mdleje, bo w szkole padło hasło: rozpylają gaz, chociaż niczego nikt nie rozpyla. (Wszystkie powyższe przykłady są wzięte z życia).

Każdy z nas to ma. U jednych body i mind gadają ze sobą łagodnie i płynnie, u innych to niezła kłótnia, przepychanki i przemoc. (Pytanie: kiedy i dlaczego wchodzimy w etap burzliwy. I jak z niego wyjść. Tym jednak zajmiemy się nieco później.) Jednak nikt z nas nie jest wolny: zdrowie każdego z nas jest wynikiem relacji pomiędzy naszymi ciałami i umysłami.

Oczywiście, na potrzeby badań naukowych, czy nawet na potrzeby diagnozy psychiatryczno-medycznej i leczenia takie uporządkowanie to za mało. Jest to jednak pewien punkt wyjścia do pisania cyklu artykułów na temat dziwnych zaburżeń na styku ciała i psychiki, do czego właśnie przystępuję.

#bodymindlab #psychosomatyka #ciało-umysł

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest